Najpopularniejszym modelem użytkowania samochodu osobowego jest dziś własność pojazdu. Większość samochodów o DMC do 3,5 tony, które możemy spotkać na naszych drogach, przewozi swoich właścicieli albo pracowników przedsiębiorstwa, do którego należą pojazdy. Drugi znany i popularny sposób to korzystanie z usług taksówek jeżdżących pod marką korporacji taksówkarskich albo taksówkarzy indywidualnych.

Wraz z rozwojem nowych technologii możliwe stało się świadczenie innych usług. Dwie najczęściej spotykane (także w Polsce) to car-sharing oraz ride-hailing.

Car-sharing oznacza krótkoterminowy wynajem pojazdu rozliczany według czasu liczonego w minutach albo odległości w rozpoczętych kilometrach. Ride-hailing to usługi transportowe świadczone przez osoby, które chcą zarabiać na przewożeniu pasażerów własnym, prywatnym samochodem lub samochodem należącym do operatora systemu bez prowadzenia działalności gospodarczej w zakresie zarobkowego przewozu osób taksówką.

Car-sharing

Car-sharing jest pozornie prostym rozwinięciem idei znanej z systemów roweru miejskiego, wypożyczalni hulajnóg itp. Firma, będąca właścicielem floty samochodów osobowych (a czasami także dostawczych), wypożycza je przy pomocy aplikacji działających na telefonie komórkowym. Samochody stoją zaparkowane przy ulicach, zazwyczaj w większych miastach. Klient musi założyć konto w serwisie, zweryfikować je, dodać do portfela swoją kartę kredytową i od tej pory ma prawo wynająć dowolny dostępny samochód.

Aplikacja podpowie mu, gdzie stoi najbliższe auto, obliczy szacunkową cenę wynajmu, a także pozwoli otworzyć i uruchomić pojazd. Samochody mogą być eksploatowane na terenie wyznaczonym przez operatora – zazwyczaj jest to teren miasta, ewentualnie z uwzględnieniem przedmieść. Po zakończeniu jazdy klient parkuje samochód w dozwolonym miejscu i zamyka go, a następnie cykl się powtarza.

W teorii brzmi to ciekawie i zachęcająco. System daje dostęp do samochodu za rozsądne pieniądze i nie ogranicza swobody wykorzystania pojazdu. To doskonałe rozwiązanie dla osób, które nie chcą albo nie mogą mieć własnego auta, a mimo wszystko od czasu do czasu potrzebują zrobić większe zakupy, pojechać na imprezę w gronie przyjaciół czy wrócić do domu w deszczowy dzień. Doświadczenia zebrane przez polskich właścicieli tego typu wypożyczalni pokazują jednak, że teoria mija się z praktyką, a tego rodzaju działalność należy uznać za przedsięwzięcie wysokiego ryzyka.

Przyczyną jest tzw. czynnik ludzki. W klasycznej wypożyczalni obsługa ma kontakt z potencjalnym klientem, zanim odda mu kluczyki. Pracownicy mogą zatem szybko wyeliminować osoby, które nie powinny w danym momencie prowadzić samochodu (np. klientów nietrzeźwych, zbyt zmęczonych czy agresywnych). Aplikacja nie daje takich możliwości i wpuści do samochodu każdego, kto potrafi się poprawnie zalogować.

Najwięcej strat wynika ze stłuczek i wypadków powodowanych przez klientów. Wbudowanie odpowiedzialności i udziału w kosztach naprawy w treść umowy nie daje zadowalających skutków. Jeden z największych polskich operatorów systemu car-sharing twierdzi, że liczba zdarzeń z udziałem jego pojazdów świadczy o złej woli kierujących. Wysokość strat jest tak duża, że stawia pod znakiem zapytania opłacalność przedsięwzięcia – nawet po uwzględnieniu faktu, że jest to biznes, który zaczyna przynosić zyski po dłuższym czasie.

Długie oczekiwanie na zwrot z inwestycji wynika z faktu, że najpierw trzeba spopularyzować ten rodzaj wynajmu, wcześniej w Polsce niespotykany. Do tego dochodzą inne czynniki, takie jak: wysokie koszty nabycia floty, stworzenia systemu zarządzania, rozliczeń, wypracowanie dobrych praktyk oraz oczywiście pozyskanie klientów, którzy regularnie wynajmują pojazdy. To wszystko zajmuje sporo czasu i generuje koszty.

Z punktu widzenia klienta system ma zarówno zalety, jak i wady – z jednej strony umożliwia proste z technicznego puntu widzenia wynajęcie dowolnego pojazdu zaparkowanego w najbliższej okolicy, z drugiej jednak strony nikt nie może zagwarantować, że jakikolwiek samochód będzie w okolicy wtedy, gdy akurat będzie potrzebny. Wprawdzie pracownicy sieci starają się utrzymywać w miarę równomierne pokrycie terenu autami gotowymi do jazdy, ale nie zawsze się to udaje. Problemem może być między innymi brak miejsc parkingowych w centrach miast.

Wadą jest też brak pewności, czy odnaleziony samochód będzie się nadawał do użycia. Opinie doświadczonych klientów nie pozostawiają wątpliwości: duża część wynajmujących zostawia w aucie bałagan, śmieci czy resztki pożywienia. Zdarzają się także osoby, które pomimo zakazu palą w samochodzie tytoń. Nie można za to winić firmy wynajmującej auta. W tradycyjnym wynajmie pojazd odbiera pracownik – jest on pierwszą osobą, która może ocenić stan pojazdu i ewentualnie obciążyć klienta dodatkową opłatą za sprzątanie. W systemie car-sharing odpowiedzialność jest rozmyta. Każdy klient może powiedzieć: „To nie ja. Wynająłem brudne auto, ale tego nie zgłosiłem, ponieważ bardzo się spieszyłem”. Klienci bywają obciążani opłatami za poważniejsze uszkodzenia, np. wgniecenia karoserii, uszkodzenia lakieru czy rozbite szyby. Żeby uniknąć płacenia za nieswoje przewinienia, klient musi dokładnie obejrzeć samochód i udokumentować zauważone usterki, to jednak zajmuje czas i stwarza poczucie zagrożenia („Co będzie, jeśli przeoczę jakieś uszkodzenie”?).

To wszystko sprawia, że spora grupa klientów rezygnuje z tego rodzaju wynajmu. Jeśli tylko istnieje taka możliwość, są oni skłonni skorzystać raczej z tradycyjnej taksówki albo jej współczesnego wariantu, znanego pod nazwą ride-hailing.

Ride-hailing

Po co wynajmować samochód i martwić się jego stanem, skoro można wynająć samochód wraz z kierowcą? Nie odpowiadamy za stłuczki czy zarysowania i możemy oczekiwać porządku i bezpieczeństwa. Auto dojedzie tam, gdzie akurat jesteśmy, a zatem nie ma potrzeby poszukiwania transportu w nieznanej okolicy. To brzmi jak opis taksówki, ale tak naprawdę nią nie jest, ponieważ kierowca takiego pojazdu nie jest (a w każdym razie nie musi być) zawodowym taksówkarzem.

Wystarczy, że dysponuje pojazdem, o który w miarę dba, założy konto w aplikacji dostępnej w Internecie i zgłosi gotowość do jazdy. System znajdzie dla niego klientów w okolicy, uwzględniając pojemność pojazdu, preferencje kierowcy dotyczące długości trasy itd. Idea wydaje się słuszna: kierowca ma samochód i czas, chce pomóc innym dostać się tam, gdzie chcą, i może na tym zarobić.

Problem polega między innymi na tym, że w niektórych krajach (w tym także w Polsce) przepisy podatkowe oraz regulacje dotyczące przewozu osób nie przewidują takiej możliwości.

Jeśli kierowca chce przewozić pasażerów i na tym zarabiać, ma do wyboru dwie opcje: założyć firmę transportową, przejść niezbędne formalności i zarejestrować działalność gospodarczą lub uzyskać licencję na przewóz osób taksówką. W każdym z wymienionych przypadków powstaje obowiązek podatkowy. Trzeba kupić kasę fiskalną, taksometr, poddać auto dodatkowym badaniom technicznym i wykupić droższe ubezpieczenie.

Wkrótce po tym, jak usługa stała się dostępna w Polsce, korzystający z niej kierowcy znaleźli się na celowniku kilku służb, w tym Inspekcji Transportu Drogowego, policji oraz urzędów skarbowych. Zyskali też zdeterminowanego przeciwnika w postaci korporacji taksówkarskich. Nie bez racji, bo taksówkarze prowadzący działalność zgodnie z przepisami są obciążani kosztami, których nie ponoszą kierowcy realizujący te same usługi w systemie ride-hailing. Kierowcy dorabiający okazjonalnymi przejazdami z pasażerami mogli też proponować wyraźnie niższe stawki, co dodatkowo popsuło atmosferę.

W międzyczasie pojawiły się próby pogodzenia idei ride-hailing ze stanem prawnym. Powstały firmy, które uzyskały licencję na przewóz osób, zbudowały floty samochodów osobowych i pozyskują zlecenia z systemu operatorów, ale zatrudniają kierowców na podstawie umów i odprowadzają podatki.

Który model zwycięży?

Opisane wcześniej wady wynajmu aut na minuty przekonują wielu klientów do skorzystania z oferty ride-hailing, a w każdym razie jej polskiej mutacji. Tacy klienci często argumentują, że wolą zapłacić nieco więcej, ale mieć gwarancję, że auto będzie dobrze utrzymane i zawsze dojedzie tam, gdzie trzeba. Jest to też rozwiązanie o wiele wygodniejsze, gdyż klient nie musi sam prowadzić samochodu.

Nie oznacza to, że idea o nazwie car-sharing nie ma sensu. Spore grono potencjalnych klientów ceni sobie większą swobodę i dyskrecję, które daje car-sharing, i bardziej ufa własnym umiejętnościom niż mniej lub bardziej przypadkowym kierowcom jeżdżącym dla największych operatorów w modelu ride-hailing. Problemem jest w tym wypadku przede wszystkim wysoki koszt budowy i utrzymania zdolności operacyjnej sieci wynajmu. Jeśli kiedyś uda się sprowadzić liczbę szkód do akceptowalnego poziomu, zachowując przy tym relatywnie niskie ceny wynajmu, car-sharing może się jeszcze bardziej rozwinąć.

Każdy z dwóch przedstawionych wyżej modeli w jednych okolicznościach sprawdza się lepiej, w innych gorzej, ale żaden z nich nie jest rozwiązaniem idealnym. Może być i tak, że ostatecznie zwycięży usługa, której do tej pory nikt jeszcze nie wymyślił, a w każdym razie nie przetestował w rzeczywistym środowisku. Na tym polega piękno i siła wolnego rynku. Badania potrzeb i zachowań klientów napędzają pomysły przedsiębiorców. Rozwiązania pojawiają się dzięki ich determinacji i zainwestowanym środkom, ale to klienci ostatecznie akceptują albo odrzucają ofertę.

Być może opracowanie optymalnego rozwiązania będzie wymagało przejścia wielu takich cykli: od pomysłu, przez realizację, po ocenę. Wygra ten, kto trafi w gusta klientów i lepiej odpowie na ich potrzeby.

Piotr Kołaczek